Wyjechaliśmy prawie wszyscy. Ja nie. I tak mieszkam nad morzem 🙂 więc jakby w kurorcie jestem na stałe. Pogoda dopisała i uprawiając swoje wycieczki i spacery, oglądałam, jak spędzają wolny czas rodziny. Wiele się nauczyłam o dzisiejszych rodzicach i od dzisiejszych rodziców.

 

Po pierwsze:

Restauracyjny savoir vivre

Kiedy byłam dzieckiem marzyłam, żeby jadać, w jedynym wtedy w mieście, barze „Centrum”. Wyjście tam na obiad było świętem, a ceratowe obrusy w kratkę szczytem luksusu. Napój podawano w szklankach z brzegiem umoczonym w cukrze i to był powiew zachodu, bo do szklanki wkładano słomkę! Kindersztuba obowiązywała okrutna: wolno nam było cicho zjeść zamówiony przez rodziców obiad i wypić na deser lemoniadę oblizując ten cukier. Nie biegaliśmy, nie śmialiśmy się głośno i chyba w ogóle staraliśmy się nie przeszkadzać.

A jak jest dziś?

Rodzinka wtacza się z torbami, plecakami i wszystkim co ma głośno manifestując swoją obecność tym, co już zasiedli i konsumują. Nie żebym miała coś przeciwko wózkom, torbom i innym tam bagażom, ale nie lubię dostawać workiem z pampersami po głowie. Dzieciaki od razu zostają zapchane tabletem lub komórką i zaczyna się: tu piszczy, tu dzwoni, a tu gra okropna muzyczka! Przy kolejnym stoliku jeden tablet i powód do ciągłego marudzenia: „ona już długa gra, a teraz ja!”, „nie, ja muszę grać, co ja poradzę, że jestem dobra”…

I tak źle i tak nie dobrze. Na chwilę dzieciaki podnoszą wzrok znad tableta, bo pani kelnerka przynosi kartki kolorowanki i kredki. Młodzi pogardliwie prychają i wracają do swojej rozrywki. Rodzice nie zwracają uwagi zatopieni w swoich ważnych sprawach w swoich telefonach. Przynajmniej gadaniem nie przeszkadzają 🙂

 

Po drugie:

Parkingowy savoir – vivre

Hmm, wiecie, jak byłam mała to parkingi były puste. We wsi samochód miał tylko mój tato i jeszcze dwóch panów. Teraz u sąsiadów jest ich sześć! Zatem nie było bitwy o parking. Nie to co teraz…

W Sopocie miejsce naleźć trudno, więc, jak już mam, to najlepiej zajmuję dwa, a po co ma mi ktoś porysować auto? Nie interesuje mnie to, czy inni mają gdzie zaparkować, czy nie. A koło wejścia do galerii handlowej? Często tam oznakowane miejsca dla niepełnosprawnych i dla rodzin z dziećmi. O ile te dla niepełnosprawnych jeszcze puste, to na miejscach dla rodzin z małymi dziećmi zaparkowane sportowe „limuzyny”. Nie mam małych dzieci, ale kto mi to udowodni?

 

Po trzecie:

Śmieciowy savoir- vivre

Jakoś tak mniej śmieci na podwórku u nas było. Może dlatego, że mama nie dawała nam jabłka w papierku i wody w butelce z plastiku, a tej szklanej nikt z domu nie wynosił. Do skupu się z nią leciało i drobne na lody były!

Spaceruję sobie wzdłuż morza, a tu mamusia do córeczki mówi: „No rzuć to! Całe paluszki ci się polepią” Patrzę i niedowierzam: rodzic każe dziecku rzucić opakowanie od lizaka! Jak to? A kto to będzie sprzątał? Ale co tam, paluszki dziecka przecież ważniejsze.

 

Po czwarte:

Relacyjny savoir-vivre

Ha! To najlepsze na koniec. Macie dzieci? Wyjechaliście z nimi na weekend majowy? A po co je braliście?

No tak, same w domu nie zostaną…

Moi rodzice zabierali nas do lasu, na działkę i na plażę. Standardowo w wodzie bawił się z nami tato, mama na kocyku była odpowiedzialna za wykarmienie nas bułkami z serem, pomidorami i jabłkami. Do dziś pamiętam ten smak.

Do Sopotu rodziny przyjechały z innymi rodzinami. Dużą grupą okupują stoliki w kawiarniach, łączą je i domagają się obsługi ekspresowej, bo przecież są z dziećmi. Taki oryginalny tekst usłyszałam podczas popijania gorącej czekolady (oczywiście przekazywany głośno komuś przez telefon): „tak, tak kochana, jesteśmy z Majewskimi, no wiesz, dzieci się wtedy ładnie bawią i nie trzeba się nimi tak zajmować, a co, też mi się odpoczynek należy”.

I zrozumiałam po co na wakacje czy długi weekend zabierać znajomych! Nie dla relacji, nie dla przyjemnie spędzonego czasu! Nie, nie! Znajomi mający dzieci są na wagę złota! Ich dzieci zajmą nasze i sprawa załatwiona!

 

 

I odechciało mi się „majówkować” w Sopocie. Dziś siedzę w domu, uprawiam „balkoning” i wyciągam wnioski z nauki! Tak sobie myślę, że na mojej liście rzeczy do zabrania na wakacje koniecznie powinny znaleźć się tablety i komórki to zapcham nimi czas w restauracjach, pociągu, czy samolocie i nie będę musiała z moim dzieckiem rozmawiać. Polecę samolotem to odpadnie mi kłopot parkowania, koniecznie na all inclusive to i na zakupy nie będę jeździć, a najważniejsze, zaraz zrobię listę znajomych z dziećmi w podobnym wieku. Uff! Odpocznę sobie od dziecka!